Podpisali dokumenty w milczeniu. Nawet nie przeczytali, pospiesznie składając podpisy tam, gdzie wskazał Arkady. Ręce im się trzęsły.
Kiedy złożono ostatni podpis, Arkadij Lwowicz zebrał papiery do teczki i skinął mi głową.
„To wszystko” – powiedział. „Pieniądze na spłatę długów dotrą w ciągu godziny. Lokal musi zostać opuszczony do jutra wieczorem”.
Odszedł, zostawiając nas troje.
Zinaida Borisowna spojrzała na mnie z pochlebną nadzieją.
„Pani Morozowa… może zatrudni pani Rostisława? Jako menedżera? On dobrze zna ten biznes…”
Powoli zdjąłem okulary przeciwsłoneczne.
I patrzyłem na nich. Długo, uważnie. Zobaczyłem błysk zaskoczenia w oczach Rościsława, potem rozpoznanie, a potem zwierzęce przerażenie. Zbladł, usiadł na krześle, otwierając i zamykając usta bezmyślnie, jak ryba wyrzucona na brzeg.
„Ksiu… Ksiusza?”
Zinaida Borisowna kurczowo trzymała się stołu, a jej twarz wykrzywiła się.
„To niemożliwe…”
„Może” – odpowiedziałem spokojnie. „Pamiętasz, Zinaido Borisowno, że powiedziałaś, że jestem pustą przestrzenią? Cóż, ta „pusta przestrzeń” właśnie kupiła pracę całego twojego życia. Za grosze”.
Zwróciłam się do mojego byłego męża.
— A ty, Rościsławie, nazwałeś mnie nic niewartą żoną i matczyną frajerką. I powiedziałeś, że mój syn to ciężar. No cóż, teraz mogę dać temu „ciężarowi” wszystko, o czym marzy. A ty kim się stałeś?
Milczał, był załamany.
Zinaida Borisowna pierwsza oprzytomniała. W jej oczach zapłonęła furia zmieszana z rozpaczą.
„To ty… Ty to wszystko zorganizowałeś! Ty nas zrujnowałeś!”
„Ja?” Udawałem zdziwienie. „Właśnie zaproponowałem dobrą ofertę. A ty się zgodziłeś. Sam mówiłeś, że masz dość tego życia. Oto ono – nowe. Bez biznesu, bez pieniędzy. Ciesz się wolnością”.
Rostisław nagle pochylił się do przodu, a jego oczy były pełne błagania.
„Ksiuszko, przepraszam… Myliłem się. Byłem idiotą. Pomóż nam. Dla… dla Miszy”.
Zaśmiałam się. Zimnym, obcym śmiechem.
„Na litość Miszy? Pamiętałaś go? Za późno. Dla mnie jesteś przeszłością. Zapomnij o moim imieniu”.
Odwróciłam się i ruszyłam w stronę wyjścia.
„Stój!” – krzyknęła za mną Zinaida Borisowna, wybuchając krzykiem. „Nie możesz nam tego zrobić! Jesteśmy rodziną!”
Zatrzymałem się w drzwiach, nie oglądając się za siebie.
„Rok temu wyrzuciłeś rodzinę na bruk. Teraz zbieraj owoce”.
Wyszedłem na zewnątrz, gdzie czekał już na mnie mój osobisty kierowca. Jasne słońce raziło mnie w oczy.
Wsiadłem do samochodu i po raz pierwszy od dawna poczułem nie radość, a ulgę. Jakby z moich ramion spadł wielki ciężar. To nie była zemsta. To była sprawiedliwość.
Nie tylko gryzły się w łokcie. Wyły z bezradności. Dzwoniły, pisały, błagały. Ale ich numery od dawna były na czarnej liście.
