Arkadij Lwowicz uśmiechnął się drapieżnie.
— Jest kilka pomysłów. Plan trzyetapowy. Najpierw otworzymy konkurencyjną firmę po drugiej stronie ulicy.
Zrzucanie, wabienie rzemieślników. To potrwa kilka miesięcy. Potem będziemy naciskać na dostawców, żeby żądali natychmiastowej spłaty długów. To już kolejny miesiąc. A ostatnim akordem będzie plotka o bankructwie, która odstraszy ostatnich klientów.
„No dalej” – postanowiłem. „Chcę, żeby to wyglądało jak seria tragicznych zbiegów okoliczności”.
Plan zaczął być realizowany.
Po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko Garant-Avto, otworzył się lśniący serwis Premium Service, oferujący diagnostykę za połowę ceny. Najlepsi mechanicy Rostisława, bez wahania, przenieśli się tam za trzykrotnie wyższą pensję.
Arkady opowiedział mi o ich reakcji. Najpierw byli wściekli, potem spanikowani. Próbowali obniżyć ceny, ale skończyło się tylko na większym deficycie.
Następnie, jakby na zawołanie, dostawcy części zamiennych zażądali natychmiastowej spłaty wszystkich długów, grożąc podjęciem kroków prawnych.
Rostisław biegał w panice. Zinaida Borisowna, według ludzi najeźdźcy, próbowała zaciągnąć nowe pożyczki, ale banki odmawiały jeden po drugim.
Ostatnią kroplą było coś, co przełamało wszelkie moje wahania.
Rostisław, doprowadzony do rozpaczy, odnalazł moją starą, zapomnianą stronę w mediach społecznościowych. A pod ostatnim zdjęciem, na którym uśmiechaliśmy się z Miszą, napisał komentarz, który widzieli wszyscy nasi dawni wspólni znajomi:
„Tak się uśmiechała, siedząc mi na karku. Bezwartościowa żona i kwoka. Dobrze, że się ciebie pozbyłem”.
W chwili, gdy przeczytałem te słowa, zdałem sobie sprawę: nie będzie litości.
Arkadij Lwowicz zadzwonił do nich następnego dnia.
— Dzień dobry. Zostałem upoważniony przez moją klientkę, panią Morozową. Jest ona świadoma Państwa trudności. Jest gotowa wykupić Państwa firmę.
Według niego po drugiej stronie słuchawki zapadła zaskakująca cisza.
„Kupić?” zapytał Rostisław.
— Tak. Za symboliczną kwotę. Która jednak wystarczy, żeby pokryć najpilniejsze długi i nie wylądować na ulicy. Mój klient nie lubi długo czekać. Albo się zgodzisz jutro, albo będziesz dalej tonął.
Siedziałem w swoim biurze z widokiem na centrum miasta i słuchałem nagrania rozmowy.
Zostali uwięzieni.
Wiedziałem, że się zgodzą. A potem przyszedłem podpisać dokumenty. I spojrzałem im w oczy.
Wszedłem do ich obskurnego biura bez pukania.
Rostisław i Zinaida Borisowna siedzieli przy stole zawalonym papierami. Oboje byli starzy, wyczerpani, z wyrazem troski na twarzach. Spojrzeli na mnie pustymi, obojętnymi oczami. Przed nimi stała olśniewająca blondynka w drogim garniturze, a oni widzieli tylko pieniądze i władzę.
Nie rozpoznali mnie.
„Angelina Morozowa” – przedstawiłam się, wyciągając rękę do Arkadego, który już czekał w środku.
Rostisław niezręcznie podskoczył i spróbował się uśmiechnąć.
„Rostisław. A to moja matka, Zinaida Borisowna. My… jesteśmy bardzo wdzięczni za twoją uwagę”.
