– Z dala.
Słowa rzucone przez moją teściową, Zinaidę Borisovnę, zawisły w lodowatym powietrzu korytarza.
Rościsław, mój mąż, stał obok niej, z głową wtuloną w ramiona. Nie patrzył na mnie. Jego wzrok był utkwiony we wzorze tapety, jakby była tam zapisana odpowiedź na najważniejsze pytanie jego życia.
„Rostik?” – mój głos był niemal szeptem.
Pięcioletni Mishko płakał w moich ramionach, kurczowo trzymając się mojej kurtki.
„Nie mogę już tego robić, Ksyusha. Jestem zmęczony” – wycedził przez zęby, nie odwracając się. „Mam dość braku pieniędzy, twojej wiecznej oszczędności, płaczącego dziecka. Wszystkiego”.
Zinaida Borisowna zrobiła krok naprzód. Jej twarz, zazwyczaj ściągnięta, teraz przypominała gipsową maskę.
„Mówi do ciebie ludzkim językiem. Jesteś teraz dla niego pustym miejscem. Ciężarem na jego nogach. Przez ciebie i twoje potomstwo nasze interesy są na dnie!”
Popchnęła mnie w stronę otwartych drzwi, z których bił przenikliwy chłód.
„Ale dokąd idziemy? Jest zima… Nikogo tu nie ma.”
„I to już nie są nasze problemy” – warknęła. „Powinnaś była pomyśleć wcześniej i nie siedzieć na karku mojego syna. Zasługuje na lepszy los. I na lepszą kobietę, która przyniesie do domu pieniądze, a nie wydatki”.
Rościsław w końcu podniósł na mnie wzrok. Pusty, obcy. Nie było w nim ani krzty litości, tylko zmęczenie i irytacja.
„Opuszczam cię, Ksiuszu. I od niego też”.
Skinął głową w stronę Myszki, a moje serce zdawało się roztrzaskać na tysiąc lodowatych kawałków.
„Ale on jest twoim synem…”
„Ciężar” – prychnęła teściowa, wystawiając za drzwi pospiesznie spakowaną torbę z rzeczami. „Zaczynamy nowe życie. Bez ciebie”.
Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Zamek zatrzasnął się z ogłuszającą stanowczością.
Myszko i ja zostaliśmy sami na słabo oświetlonym podeście. Mój synek przestał płakać i teraz tylko cicho szlochał, zakopany w moim ramieniu.
Stałem nieruchomo, wpatrując się w podarte drzwi, w których kryło się całe moje dotychczasowe życie. Zimno przenikało mnie do szpiku kości, ale ledwo je czułem.
W mojej głowie krążyła tylko jedna myśl, jasna i wyraźna.
Mój mąż i teściowa właśnie wyrzucili mnie i moje dziecko na bruk. Postanowili, że mogą nas po prostu wymazać ze swojego życia, jak niepotrzebny wpis w zeszycie.
W tamtym momencie nie wiedziałam jeszcze o spadku po dalekim krewnym, o którym dowiem się za tydzień. Nie wiedziałam, że dostanę pieniądze, które mogą wszystko odmienić.
Wiedziałem tylko jedno.
Pewnego dnia będą bardzo żałować tego wieczoru. Będą mnie prosić o pomoc.
„Nie wybaczę. Nigdy.”
Pierwsze kilka godzin wydawało się długim, koszmarnym snem. Zatrzymałem taksówkę i zadzwoniłem pod pierwszy adres, jaki znalazłem – tani hotel na obrzeżach miasta.
W portfelu – kilka zmiętych banknotów. Wystarczy na jedną noc. Może na dwie. A potem? Potem – pusta przestrzeń.
Misza natychmiast zasnął w pokoju, zmęczony łzami i strachem. Usiadłem na skraju twardego łóżka i patrzyłem przez okno na fruwający śnieg.
Dziś rano popełniłem błąd. Ten ostatni błąd, podyktowany starą, naiwną wiarą, że w Rościsławie wciąż jest coś ludzkiego. Zadzwoniłem do niego.
Zinaida Borisovna podniosła słuchawkę.
„Czego chcesz?” jej głos był przepełniony słabo skrywaną radością.
— Zadzwoń do Rościsława. Potrzebuję pieniędzy. Przynajmniej na pierwszy raz. Dla Miszy.
Jej paskudny uśmiech odbił się echem w słuchawce.
„Pieniądze? Nie dostaniesz od nas ani grosza. Wczoraj świętowaliśmy z Rostikiem twoje odejście. Otworzyliśmy szampana. Powiedział, że w końcu może swobodnie oddychać”.
Zatrzymała się, rozkoszując się chwilą.
„Jesteś dla niego fazą. Zapomnij o tym numerze”.
